Historia

15 listopada mija 45. rocznica tragicznego wypadku dwóch autobusów, którymi jechali górnicy do pracy w kopalniach Ziemowit i Brzeszcze. Te koszmarne zdarzenia – mimo upływu czasu – wciąż pozostają żywe wśród mieszkańców Żywiecczyzny.

Feralny odcinek

W latach 70. XX wieku wielu mieszkańców naszego regionu podejmowało pracę na Śląsku, a szczególnie w kopalniach. Do zakładów pracy byli dowożeni autobusami pracowniczymi. Autobusy PKS zabierały mieszkańców z Żywiecczyzny w wielu punktach a jednym ze szlaków był odcinek pomiędzy Żywcem i Międzybrodziem Żywieckim, na którym znajdował się most nad potokiem w Wilczym Jarze w Żywcu Oczkowie. Wysokość pomiędzy jezdnią, pokrytą wówczas kostką granitową, na której tworzył się lód, przebiegającą przez most a lustrem wody wynosi około 18 metrów.

4:50 i 5:15

O godzinie 4:50, autobus PKS marki autosan H9-03, prowadzony przez Józefa Adamka  (ojca pięściarza Tomasza Adamka) wpadł w poślizg, uderzył i przebił barierę na moście, spadając w wąwóz w Wilczym Jarze, rozbijając się blisko brzegu Jeziora Żywieckiego.  Kolejne autobusy, które przejeżdżały przez feralne miejsce zatrzymywały się za miejscem tragedii a pasażerowie zbiegali do miejsca, gdzie wpadł pierwszy autosan i próbowali ratować swoich kolegów. Do dziś we wspomnieniach osoby te podkreślają, że jezdnia i zbocza jaru były pokryte szronem i bardzo śliskie.

W krótkim odstępie czasu w wyrwę w barierach wpadł drugi autosan, którego kierowca – Bolesław Zoń – nie zatrzymał się mimo sygnałów ludzi stojących na poboczu. Prawdopodobnie kierowca nie zauważył ludzi ostrzegających go przed zagrożeniem. Z relacji świadków zdarzenia wynika, że pojazd powoli wsunął się w wyrwę i okręcając się w powietrzu uderzył w lustro wody i zatonął na głębokości 5 metrów. Zdarzenie miało miejsce o godzinie 5:15. Na miejsce zaczęły dojeżdżać pierwsze karetki pogotowia, strażacy, milicja i prokurator.

Jechała po ostatnią wypłatę tragicznie zmarłego męża

Tragedia w Wilczym Jarze pozostaje największą katastrofą w naszym regionie. W wypadku dwóch autobusów życie straciło trzydziestu ludzi, w większości były to osoby bardzo młode. Wśród ofiar było dwudziestu dziewięciu mężczyzn oraz jedna kobieta – wdowa po tragicznie zmarłym górniku, która jechała po jego ostatnią wypłatę. Dziewięć osób – pasażerów pierwszego wozu – zostało rannych, jednak przeżyło to koszmarne zdarzenie.  Najtragiczniejszym widokiem, który wspominają świadkowie pozostaje dla nich widok pływających zwłok, wyrwanych elementów wyposażenia autobusów oraz rzeczy osobiste ofiar, m.in. zawinięte w papier kanapki.

Przyczyny budzą spekulacje

Jak wynika z oficjalnego komunikatu PAP, wydanego po tragedii - Przyczyną katastrof drogowych było niezachowanie przez kierowców prędkości bezpiecznej (poniżej 30 km/godz.) w chwili wjazdu na most i właściwej techniki jazdy, […] co miało miejsce w szczególnie niekorzystnych warunkach atmosferycznych. W nocy temperatura spadła do minus 6 st. Celsjusza”. Paweł Zyzak - autor obszernej książki poświęconej tej katastrofie – „Tajemnica Wilczego Jaru”, podkreślił również, że stan techniczny pojazdów i m.in. jego ogumienia pozostawiał wiele do życzenia. Do dziś w sferze spekulacji pozostaje opowieść o radiowozie milicji marki nysa, który miał stać na moście i który kierowca pierwszego autobusu próbował wyminąć, a w wyniku manewru wpaść w poślizg.

Pamięć pozostała

Tragedię w Wilczym Jarze upamiętnia tablica pamiątkowa, ulokowana przy moście. Co roku w rocznicę katastrofy mieszkańcy modlą się i zapalają w tym miejscu znicze. Alfabetyczną listę ofiar katastrofy otwierają i zamykają kierowcy: prowadzący pierwszy autobus Józef Adamek i drugi pojazd – Bolesław Zoń. Trzy najmłodsze ofiary miały po 18 lat, najstarsza 48. Katastrofa pozostaje w pamięci mieszkańców regionu i wielu mieszkańców Żywiecczyzny podkreśla, że zawsze wraca ona, gdy przejeżdżają przez miejsce tragedii. Dyspozytor, który wydał pozwolenie dla kierowców – Jan Słapa – napisał wiersz upamiętniający zmarłych tragicznie pasażerów. Poniżej prezentujemy jego treść.

MOST

Kierowcom i górnikom,
którzy umierali w wodach
Jeziora Żywieckiego
w 1978 roku – poświęcam

Wysokie mosty budzą strach
zazwyczaj nad potokami wiszą
obok sztucznych jezior w górach
bywają mosty co smutek przynoszą

Znam most który ból niesie
nad potokiem Wilczy Jar zwisa
potok zasila Jezioro Żywieckie
i nuci górnikom żałosnego bluesa

Pierwszym śniegiem posypany
oszroniony zrzucił do jeziora
-autobusy BBA 1678 i BBA 1679
zabójczą siłą nieznanego potwora

Autobusy przewoziły górników
do kopalń Brzeszcze i Ziemowit
by czarne złoto Ziemi wydzierać
dusili się w jeziorze skoro świt

Po mękach wkrótce byli w raju
tak jak w autobusach siedzieli
-parami a śmierć liczyła żniwo
w lodowatej i morderczej topieli

Kierowcy też do raju poszli
w listopadowy tragiczny ranek
raz w roku na most przyjeżdżam
znicze palę i wodzie daję wianek

Żałosne dźwięki słyszę w zatoce
to ryby łkają za męczennikami
mnie także żałość serce ściska
kierowcy byli moimi podwładnymi

Gdybym przewidział że mróz
pragnie ofiary dla boga wody
kierowcy Bolesław i Józef nocą
nie otrzymaliby na wyjazd zgody

Powstał również reportaż, w którym wypowiadają się osoby, które przeżyły tę katastrofę oraz świadkowie biorący udział w akcji ratunkowej.

Źródło zdjęcia: Paweł Zyzak, "Tajemnica Wilczego Jaru".